czwartek, 8 lipca 2021

Zasady

Szablon wykonała Sezam.

 

Akcja jest aktualna cały czas! W każdej chwili możesz wziąć udział.

Wyzwania pisarskie mają za zadanie zachęcać do tworzenia opowiadań, pobudzać wyobraźnię, kreatywnie inspirować. Powstały z myślą o osobach lubiących pisać i dla tych, którzy się nudzą. To doskonała okazja, by się zmotywować!

Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu i do swojego pomysłu dotyczącego wyzwań pisarskich!

 
I. Każdy może dołączyć do zabawy, a wyzwania trwają cały czas. Można dołączyć w każdej chwili.
II. Zadaniem osoby jest napisanie jednego, krótkiego opowiadania na dowolny temat w dowolnym gatunku (max. do 5 stron A4), w którym umieści konkretne zagadnienie, interpretując je w różny sposób, wedle swojego pomysłu. Uczestnik może wybrać tyle wyzwań, ile tylko chce (jedno, kilka, a nawet wszystkie) - to ogromne pole do popisu. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Spis wyzwań znajduje się W TYM DZIALE. Należy w tekście pogrubić hasła z wyzwań, aby można było sprawdzić, czy wymogi zostały spełnione.
III. Odrzucam dzieła, w których pojawią się wątki agresywne, pornograficzne, wzywające do nienawiści, a także te, w których będą zbyt rażące błędy uniemożliwiające zrozumienie tekstu. 
IV. Każdy uczestnik może wysłać tylko jedną pracę.
V. Opowiadanie (w formacie .docx lub odt) wyślij na kreatywne.wp@gmail.com, wpisz w tytule e-maila Wyzwania pisarskie, a w wiadomości podaj swoje imię/nick, tytuł opowiadania, numer i tytuł wyzwania, np. 5. Cyfra albo w przypadku kilku lub kilkunastu 9. Tajemnica, 21. Dobry pies, 23. Magiczne lustro.
VI. Wszystkie opowiadania będą opublikowane na tym blogu.
VII. Można komentować prace, wyrażać swoje opinie, ale proszę zachować kulturę słowa.
VIII. Jeśli uczestnik opublikuje opowiadanie na swoim blogu, Wattpadzie lub w Internecie, proszę o umieszczenie informacji, że praca została napisana na wyzwania pisarskie oraz o podanie linku do bloga wyzwania-pisarskie. Zasada nie dotyczy tych, którzy nie chcą chwalić się pracą w sieci.
IX. Pytania i propozycje proszę kierować do odpowiedniej zakładki.
X. Zachęć znajomych, żeby również dołączyli - im więcej uczestników, tym lepsza zabawa.
 
To jak, pobawisz się z nami słowem? :) 

Blog powstał w 2018, ale został oficjalnie otwarty 8.07.21 r. 
Ostatnio zaktualizowany regulamin: 04.04.2022 r.




Wyzwania

Spis wszystkich wyzwań!

Jeden uczestnik wysyła jedno opowiadanie.

Napisz opowiadanie na dowolny temat na maksymalnie 5 stron A4 i wstaw w nim co najmniej jedno z poniższych zadań. Hasła z wyzwań mogą być dowolnie odmienione przez przypadki i muszą pogrubione w tekście.

 

1. Prawdziwy człowiek

Umieść dowolnego, prawdziwego człowieka. Przedstaw kilka faktów z jej/jego życia. Może to być np. współczesna aktorka, historyczny polityk.

2. Pora roku

Umieść dowolną, jedną z czterech pór roku. Można szczegółowo ją opisać, a może być też sama nazwa.

3. Ptak

 Umieść dowolnego ptaka. Może dosłownie występować, a może być ukryty pod innym znaczeniem, np. struś pędziwiatr, patrzeć na coś z lotu gołębia, dumny jak paw, U Bociana (nazwa baru), papuga (kpiące określenie adwokata).

4. Kwiat

Umieść dowolny kwiat. Może dosłownie występować, a może być ukryty pod innym znaczeniem, np. różyczka (choroba), Pod Magnolią (nazwa pensjonatu).

5. Cyfra

Umieść dowolną cyfrę, np. trzy: może oznaczać suczkę, która urodziła trzy szczeniaki, ktoś dostał trójkę z geografii lub dziecko obudziło się o trzeciej w nocy.

6. Dzień tygodnia

Umieść dowolną nazwę dnia tygodnia. Może dosłownie występować (w środę), a może być ukryta pod innym znaczeniem (Czwartek - nazwisko).

7. Kolor

Umieść dowolny kolor, np. żółty, ciemnoniebieski, czerwono-szary. Może być też inne znaczenie, np. Czarny (nazwisko, pseudonim).

8. Jedzenie 

Umieść dowolne jedzenie. Może to być np. pasta z tuńczyka, tort czekoladowy, a nawet trujący muchomor.

9. Tajemnica

Umieść dowolną tajemnicę. Może być błaha, np. dziewczynka schowała swoje cukierki przed bratem. A może być poważna, np. mężczyzna skrywał mroczny sekret z przeszłości i uciekł przed policją.

10. Piękne miejsce

Umieść dowolne, piękne miejsce. Może być plaża o zachodzie słońca, zielony park latem, ciekawe muzeum, zabytkowy kościół, a nawet mroczny las, który, zdaniem bohatera, jest cudowny.

11. Przybora

Przedstaw cytat Jeremiego Przybory: Bardzo przyjemnie czekać na jakąś panią. Właśnie czekać jest chyba najprzyjemniej.

12. Młynarski

Przedstaw dowolną piosenkę autorstwa Wojciecha Młynarskiego (fragment lub całość) i zinterpretuj ją w dowolny sposób.

13. Vabank

Przedstaw film Vabank (pierwsza lub druga część) i go zinterpretuj, np. tytuł, dialog/monolog, cytat, konkretna, krótka scenka. Można również stworzyć kontynuację losów bohaterów z filmu.

14. Łamacz językowy

 Przedstaw zdanie (łamacz językowy): Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego.

15. Przyszłość

Akcja musi dziać się w przyszłości, nieważne czy bliskiej, czy dalekiej. 
 
 16. Praca i lenistwo

Umieść w dowolnej interpretacji: pracę i lenistwo, np. jeden bohater lubi pracować, a drugi się lenić.

17. Szczęście i pech

Umieść w dowolnej interpretacji: szczęście, np. wygrana w konkursie, znalezienie pieniędzy i pech, np. spóźnienie do pracy, moknięcie w deszczu.

18. Przyjaźń i nienawiść

Umieść w dowolnej interpretacji: wspaniałą, prawdziwą przyjaźń i okropną, złą nienawiść.

19. Marzenie - realne lub nierealne

Umieść w dowolnej interpretacji jedno marzenie bohatera: realne, np. pojechać w góry, kupić książkę, lub nierealne, np. polecieć w kosmos, być w trzech miejscach naraz. 

20. Zmiana płci

Przedstaw sytuację z chwilową zmianą płci bohatera. Tutaj są dwie opcje do wyboru. a) kobieta udaje mężczyznę, b) mężczyzna udaje kobietę. Wątek może być śmieszny albo wręcz przeciwnie. Można wzorować się na filmach, np. Poszukiwany, poszukiwana, Czy Lucyna to dziewczyna?.

21. Dobry pies

Przedstaw w dobry sposób psa jako czujnego stróża, przyjaciela człowieka, mądrego pomocnika, który np. tropi przestępców, odnajduje zaginione osoby lub jest przewodnikiem niewidomego człowieka. Można wzorować się na serialach, np. Komisarz Alex, Czterej pancerni i pies.

22. Zjawisko paranormalne

Przedstaw jedno zjawisko paranormalne. Może to być np. jasnowidzenie, telepatia, psychokineza, pirokineza, lewitacja.

23. Magiczne lustro

Przedstaw na swój sposób magiczne lustro, które, np. rozmawia, pokazuje obrazy, teleportuje do innego świata. 

24. Ach śpij, kochanie

Umieść słowa Ach śpij, kochanie. Może to być kołysanka lub zwykłe zdanie. Wizja dowolna.

25. Instrument

Umieść dowolny instrument muzyczny. Może to być np. gitara, akordeon, trąbka.

26. Śmiech

Umieść śmiech wedle dowolnej interpretacji. Bohater może śmiać się np. ze wzruszenia, ze złości, z radości, z drwiną, nerwowo lub by ukryć wstyd. Są też różne rodzaje śmiechu, np. z ciała, rechot, klauna, gdakanie, parskanie, chrumkanie. 

27. Koniec

Umieść koniec we wszelkim tego słowa znaczeniu. Może to być np. schyłek czegoś, końcowa część powierzchni, śmierć, ostre zakończenie, krzyk, ostry pręcik, w kontekście kryzysu, niepowodzenia.

28. Zamek

Umieść zamek we wszelkim tego słowa znaczeniu. Może to być np. jako budowla, z piasku, w drzwiach, w ubraniu.

29. Relikt

Umieść relikt we wszelkim tego słowa znaczeniu. Może to być np. zniszczona rzecz, stara, zapomniana wieś, zepsuty samochód, zabytek lub pamiątka z przeszłości.

30. Ogień

Umieść ogień we wszelkim tego słowa znaczeniu. Może to być np. cecha osoby energicznej, dynamiczne działanie, w kontekście do pożaru, namiętności, strzelania, płomienia świecy, gorącej pogody. 

31. Przychylić komuś nieba 

Umieść związek frazeologiczny przychylić komuś nieba.

32. Drzeć z kimś koty

Umieść związek frazeologiczny drzeć z kimś koty.

33. Chodzić jak szwajcarski zegarek

Umieść związek frazeologiczny chodzić jak szwajcarski zegarek.

34. Obiecywać gruszki na wierzbie

Umieść związek frazeologiczny obiecywać gruszki na wierzbie. 

35. Pięta Achillesa

Umieść związek frazeologiczny pięta Achillesa (achillesowa).


Pytania, sugestie

Masz pytania lub wątpliwości? Coś jest niezrozumiałe? A może chcesz zaproponować jakiś pomysł? Odezwij się na kreatywne.wp@gmail.com lub napisz w tym dziale, a ja odpowiem tak szybko, jak się da.

Współpraca

Bannery bloga:



 



WSPÓŁPRACA Z:


Pisarze:

Karolina Załuska , Aleksandra Zielińska  , Ewelina Maria Podhajska  , Beata Zdziarska , Czyta Wojtek Masiak , Paulina Kwiatkowska , Klara Leończuk , Agnieszka Janiszewska , Książki Anny .M Brengos , Marlena Rytel , Magdalena Adaszewska , Kamila Mitek , Joanna Jarczyk , Patrycja Giesecke , Paula Er. , Charlotte Mils , Agnieszka Chodkowska-Gyurics , Vivianne_04 , Bartosz Gawłowski , Agata Polte , Ewa Wyszyńska , Marzena Miłek-Bajka , Małgorzata Kasprzyk, Paulina Rogalska , A.P. Mist , Caroline Angel , Marta Zbirowska , Bruno Kadyna , Oskar May , Paweł Kopijer , Aga Stec-Kotasińska , Artur Grzelak , Aneta Krasińska , Agnieszka Kulbat , Agnieszka Bruckner , Kamil Kozieł , Beata Rosłan, P.K. Farion , Grażyna A. Adamska , Ewelina Maria Mantycka , Krzysztof T. Dąbrowski , Michał Lelonek , Magdalena Wrocławiak , R.A. Ciężka , Ewa Cielesz , Camille O'Naill , Andrzej F. Paczkowski , Anett Lievre , Alex Sand , Anna Kucharska , Katarzyna Wycisk , Sylwia Kubik , Anna Gratkowska , Zuzankowe bajkopisanie , Victoria Black , Małgorzata Winkler-Pogoda , Nana Bekher , Paweł Więzik , Anna Maria Pomianowska , Małgorzata Urszula Laska , Katarzyna Kielecka , Maria Motyka , Victoria Gische , Marta Grygiel , M.M Macko , Elżbieta Stępień , Piotr Ferens , Adrianna Klara Kłosińska

Strony:

Unserious.pl, Z miłości do literatury ,  Północne Krańce, Akademia Henux,  Imperium Lektur , Literacki świat Cyrysi , Rezencje Kiti , Wataha Rena , Oaza Recenzji, Zaczytana Lady Makbet , Najbardziej lubię , Słowa między rozdziałami , Tak wiele książek, tak mało czasu





 







#8 Praca

#8  Beata Rosłan Nieopowiedziana historia

 

Wyobraź sobie leniwy letni dzień, tak gorący, że świat topi się z upału. Koty pochowały się wśród gąszczu rudbekii, białe ogony lśnią pod rododendronem. Za zasłoną zraszaczy do trawy, pod parasolem rozłożystej daglezji, leżą nierozegrane gry planszowe. Na grządkach porzucone sekatory. Jaszczurki zawładnęły pięknym letnim ogrodem i bezwstydnie opalają się na betonowej ścieżce, przez kilka godzin nikt nie będzie im przeszkadzał.

Już nie czerwiec i na pewno jeszcze nie sierpień. Do końca lata zostało tak dużo czasu, że istnieje prawdopodobieństwo, że nigdy się nie skończy. Wyobraź sobie ten dzień. Zamknij oczy. Co jeszcze widzisz? Wprawne oko dojrzy drobinki kurzu unoszące się leniwie na środku pokoju. Można pomyśleć ze jesteś w ogrodzie, ale stukot rolety delikatnie uderza o okno. Gdzieś w oddali słychać śmiech dzieciaków wskakujących do basenu, kilka dyskutujących ze sobą kosiarek, melodyjkę wygrywaną przez obwoźnego sprzedawcę butli z gazem. Tam w chłodnym pokoju gdzie leżysz po zbyt obfitym obiedzie zjedzonym w ogrodzie, dźwięki docierają do ciebie stłumione i niezbyt obchodzi cię, co się dzieje na świecie. Nigdzie się nie śpieszysz, czujesz jakby twój absurdalnie długi urlop miał się nigdy nie skończyć. Możesz zasnąć, poczytać, godzinami skrolować komórkę albo posłuchać, o czym chce ci opowiedzieć.

Nie będziesz wiedzieć czy historia, którą dziś opowiem, to fikcja czy może jednak wydarzyła się naprawdę. Bo ja już się pogubiłam. Przez wiele miesięcy szukałam informacji – wypytywałam ludzi, szukałam w książkach, Internecie, chodziłam nawet na konsultacje do archiwum akt dawnych w Warszawie. Moja praca przypominała irytująco wciągające zbieranie bursztynów. Jeśli znajdziesz jeden, ogarnie cię nadzieja i chęć na więcej, może być tez i tak ze nic więcej nie znajdziesz. No niby z każdym krokiem była szansa na znalezienie jakiegoś elementu, ale zazwyczaj docierałam do informacji, które mogły dać mi, co prawda, jakiś obraz minionych lat jednak prawie nigdy nie prowadziły mnie do tej konkretnej historii, której szukałam. Nie mam pewności, że jest prawdziwa, mam tylko tęsknotę w sercu, a to już bardzo dużo. słoń

Kiedy zaczynam snuć te baśń, wiem już całkiem sporo jednak jeszcze więcej muszę sobie wymyślić i wciąż tak dużo muszę sobie wyobrazić. Coś mi jednak podpowiada, że mam dobrego nosa, bo przecież opowiadam historię mojej rodziny wiec losy wszystkich bohaterów a przede wszystkim porywy ich serc płyną wciąż w mojej krwi.

Ale! Zaczęło się od opowieści mojego pradziadka. Nie była to jakąś szczególna opowieść, ot tak rzucone kilka zdań. Może Feliks Ludwiszewski wymyślił to naprędce, a może mi się to tylko przyśniło. Jedno jest pewne nawet po tylu latach pamięć o nim żyje wśród mieszkańców wioski, choć tych, którzy znali go osobiście zostało już bardzo niewielu. Ludzie uważają, że nie mógłby mówić od rzeczy i nigdy nie kłamał. Czy kiedykolwiek przeszło mu przez głowę, że to, co powiedział pewnego letniego dnia przeżyje dziesięciolecia? Bo przecież minęło z górką trzydzieści lat. Nie mam pojęcia, ale do tej pory gdyby ktoś zaczepił mnie pod sklepem i zapytał po zwyczajnemu:

- A ty czyja jesteś? – co się przecież czasem zdarza, to odpowiedziałabym, od że jestem od pana Ludwiszewskiego i już nic więcej nie musiałabym dodawać. Wiem, że jest jeszcze garstka tych, którzy pamiętają go z czasów, gdy sami byli dziećmi lub wyrastali w poczuciu absolutnie niedzisiejszego szacunku do swojego sąsiada, który w zasadzie nie różnił się od nich niczym. Tym samym różnił się od nich wszystkim. Nie był ani bogatszy ani lepiej wykształcony. Jedno, co trzeba mu przyznać to brzydził się kłamstwem, może, dlatego, zawsze otaczała go aura wyjątkowości. Szacunkiem obdarzali go wszyscy, żaden z okolicznych złodziejaszków nie pokusiłby się o kradzież choćby jabłka z jego ogrodu. Z czego to wynikało - nie wiem. Może z uczciwości a może jedynie z pogodnego spojrzenia. Może z błękitnych niczym diamenty niebieskich oczu. Pytałam o to mojego sąsiada, ale nie potrafił powiedzieć nic ponad to, że pan Ludwiszewski dla każdego miał dobre słowo i celny żart, który nigdy nikogo nie obrażał.

Gdy go odwiedzaliśmy w powietrzu czuć było jakiś prastary podział na to, co dziecięce i co dorosłe, mogliśmy godzinami bawić się beztrosko w ogrodzie a nasza wyobraźnia nie była ograniczona nadopiekuńczością dorosłych. Był to świat pełen równowagi. Nigdy, nie pamiętam żeby kiedykolwiek dziadek Feluś jak go nazywaliśmy, na nas krzyknął, ale coś w jego usposobieniu powodowało, że zawsze byliśmy grzeczni. Mówił czasem

- Ucz się, bo będziesz zamiatał ulice - a w tedy przed moimi oczami pojawiała się ta wizja jak żywa, wypełniona pracą lub lenistwem, chociaż jak teraz przypominam sobie jego uśmiech nie wydaje mi się, aby miał cień obawy, że mogłoby to nastąpić. Innym razem, gdy mama nie miała już do nas siły stwierdzał

- Chodzicie jak szwajcarskie zegarki w przeciwieństwie do moich synów, gdy byli w wieku podobnym do naszego.

Ale to nie o nim będzie ta opowieść. To on, co prawda, nosił ja w sobie przez osiemdziesiąt sześć lat swojego życia i nie wiem nawet czy zależało mu żeby ta historia wypłynęła na szerokie wody, za jakie niewątpliwie uznać można publikacje tej książki, czy było mu wszystko jedno, jednak pewnego dnia powiedział do mnie zdanie, które już wtedy rozpaliło w moim mózgu wszystkie neurony. Tym, co popycha mnie do pisania jest jakąś nienazwana potrzeba, nie mogę pogodzić się z tym, że po nas nic nie pozostaje nawet wspomnienie. Dlatego lubię stanąć obok starego domu żeby wyobrazić sobie ludzi, którzy w nim kochali, śmiali się, słyszę w głowie ich śmiech, widzę jak przyrządzali poobiednie desery, które i mi wypełniają policzki, dzieci budziły się w nocy z płaczem i ktoś wpuszczał je pod kołdrę. Nie mogę zgodzić się na to by te historie popadały w niepamięć.

Tak też jest z opowieścią dziadka Felusia. W moim wspomnieniu mogę mieć nie więcej niż siedem, osiem lat i na betonowej ścieżce przed zielonym domkiem otoczonym wtedy jeszcze niezbyt wysokimi świerkami, ćwiczę jazdę na za dużym rowerze, pięknym białym Pelikanie, którego pól roku wcześniej przyniósł mi święty Mikołaj, a który czekał na mnie, aż do niego dorosnę. Podczas odwiedzin w Jerozolimce trzeba było mnie na nim prowadzać w tą i spowrotem, od letniaka do bramy i od bramy do letniaka bo choć umiałam już przecież jeździć rowerem byłam zbyt niska żeby samodzielnie na niego wskakiwać.

W trakcie jednej z takich wizyt gdzieś koło bramy, pod rozłożystą lipą, którą powaliła dopiero reforma Szyszki. Tak, więc pod tą lipą widzę Felusia z jego lekko już załzawionymi oczami, w których niedrożne kanaliki łzowe sprawiały, że przez długi czas myślałam, że dziadek po prostu zawsze trochę płacze ze wzruszenia, że nas widzi. Nie wiem dokładnie jak było w rzeczywistości, ale jego uśmiech i serdeczne gesty sprawiały, że wyglądał bajkowo.

Byłam przy nim bardzo nieśmiała, i nie wiem jak mogłam się na to zdobyć, a może to teraz jestem nieśmiała, a wtedy byłam odważną rezolutną siedmiolatką, której po prostu już nie pamiętam, bo od tamtego czasu minęło ponad trzydzieści lat. To dlatego, że mój biały rower był moim koniem a ja księżniczką.

To dokładnie wykrzyknęłam, gdy w tamto lato okazało się, że mogę już sama pedałować i wskakiwać na mojego białego olbrzyma, co prawda udawało mi się to tylko w kierunku bramy, bo tam jest lekko z górki, w drugą stronę było mi jeszcze za ciężko. Feluś wchodził właśnie do bramy umykając przed moim aluminiowym rumakiem i łapiąc go za kierownice żebyśmy oboje nie roztrzaskali się na wrotach do naszego zamczyska, jednocześnie wykonywał dość śmieszne ruchy nóg w nadziei, że powstrzyma głupiego, choć dobrego psa Pucka przed czmychnięciem przez bramę.

- Co ty robisz! Uważaj na dziadka – wrzasnęła moja mama widząc, że absolutnie nie panuję nad rowerem, ale on tylko uśmiechnął się i popatrzył na mnie z troską.

To wtedy powiedziałam mu, że jestem księżniczką, a mój rower to ni mniej ni więcej mój wierny biały rumak, co moja zawstydzona mama skwitowała jakimś pełnym czułości i zażenowania, ale przede wszystkim lekceważącym:

- Beatka przestań…

- A właśnie nie! – Wykrzyknął na to dziadziuś, co obie nas wprawiło w osłupienie – Przecież była w naszej rodzinie taka tajemnica – ściszył glos – była prawdziwa hrabianka.

- Co to znaczy hrabianka – zapytałam, ale już po sposobie w jaki wypowiadał te słowa wiedziałam że być hrabianką musiało oznaczać cos niecodziennie ważnego.

- No to prawie księżniczka

Dziadek zamknął bramę i swoim wolnym kokiem ruszył w stronę domku. Pies ocierał mu się o nogi i klepał w jego szerokie nogawki swoim twardym ogonem.

- Ale jak to? - Dopytywałam pchając pod górę mojego Pelikana.

- Była hrabianka w naszej rodzinie, ale szlag to trafił i przez nią hrabiami nie jesteśmy. – śmiał się dziadek chociaż zupełnie nie wyczulam żalu w jego glosie.

- Miała pałac?

- Miała, ale tak obraziła się na swoich rodziców, że już nie mamy pałacu… mama to mi nawet mówiła gdzie on był – zamyślił się chwile.

- Ale dlaczego się obraziła?

- A bo zakochała się w Więcku, a oni Więcka nie uważali wiec ją wydziedziczyli. Potem pod koniec życia – dziadek zaczął wykładać na stół przed domem to, co kupił w sklepie za rzeka - chyba przyjechali do niej i przepraszali i chcieli jej wszystko przepisywać, ale ona powiedziała ze skoro się jej wyrzekli to niech nic nie chciała. I państwo wszystko zabrało, bo oni nie mieli innej rodziny.

Nic więcej nie pamiętam z tamtego dnia. Pewnie potem mama zrobiła nam kanapki z białym serem, które zagryzaliśmy pomidorami z jego ogrodu.

Nie wiem, może pobiegłam bawić się z bratem, w lądowanie kosmitów albo zrywać agrest, w każdym razie czułam się wreszcie upoważniona do podążania za moim marzeniem i uważania mojego roweru za białego rumaka, a siebie za zaginioną księżniczkę.


 

#7 Praca

 #7 Pan Polak Zostać Władcą

 

Sławkin spoglądnął na błękitne morze, rozciągające się poza horyzont. Woda zaczynała się już niedaleko przed nim – siedział on bowiem na kra-wędzi urwiska, gdzie pod nim w ścianę ziemi wbijała się fala wzburzonej wody.

- Piękny widok, nieprawdaż? – zapytał Virn Bled. Siedział tuż przy nim oczekując z uśmiechem na odpowiedź.

- Tak. Szkoda, że dopiero teraz go widzę. Po tylu latach więzienia, tortur i śmierci, widok tak piękny jak ten może równać się jedynie bogowi.

Virn zamilkł na chwilę, myśląc.

- Więc, jak z twoim marzeniem? Jak zamierzasz je zrealizować?

- Pamiętasz może historie o bohaterskich rewolucjonistach, którzy siłą zdobywali całe królestwa? – uciął na moment, podnosząc kącik ust. – Ja zrobię to bez rozlewu krwi. Bez przemocy. Bez awantur i wojny.

- Kiedyś myślałem że twoje marzenie będzie realne, teraz jednak myślę że za bardzo wybiegłeś z wyobraźnią – Virn Bled oparł się ramionami o urwisko. – Niby jak dasz radę powalić obecnego króla bez siły i przemo-cy? Mi nic nie przychodzi do głowy.

- Może wystarczy porozmawiać? – odpowiedział Sławkin. – Jakkolwiek by to nie brzmiało, chcę, bym został władcą pokoju. Nie, jak tymi wybla-kłymi i wybrakowanymi królami z Kontynentu, ale tym, który zostanie nazwany sługą Pana, tym, który poprowadzi ludzi do szczęścia i dostatku. Pragnę stworzyć państwo, na którego nikt nie zasłużył, ale którego każdy potrzebuje. Nawet ja go będę potrzebował, Virnie, nawet ja.

- To piękny sposób, Sławkinie – rzekł, czując łzy w oczach. – tak piękny że aż trudno mi go wyobrazić. Pamiętam, jak to ja zasiałem w tobie to ma-rzenie, bo czułem że przyczynisz się do polepszenia tego świata. Gdy wojna sięgnęła cały świat, każdy się modlił w jakiejś intencji, ja wtedy modliłem się za ciebie, bo wierzyłem w ciebie. Bałem się co prawda o twoje marzenie, twoje pragnienie zostania prawdziwym władcą, lecz im dłużej podróżowałem z tobą przez te wszystkie krainy aż do teraz, coraz bardziej byłem pewien. Czułem wewnątrz siebie, że to ty obejmiesz tron jako prawowity władca.

- Jednak do teraz powątpiewasz? – zadał pytanie Sławkin. Nie oczekiwał odpowiedzi twierdzącej, chciał usłyszeć prawdę.

- Tak, aż do tej chwili nie potrafię w pełni w ciebie uwierzyć. Zmuszam się, modlę się, ale to nic wiele nie daje. Można by powiedzieć, że to chyba moja świadomość mnie trzyma przed prawdziwym wybawieniem.

Pojedyncza kropla łzy spadła na ziemię. Virn nie starł oka, nie chciał tego robić. Pozwolił, by na podłoże spadły kolejne słone krople, by wsiąkły po-woli w ziemię.

- Kogo weźmiesz ze sobą na wyspę? – zapytał Bled. – Swoją żonę i dzie-cko, może też tą dziewczynę z którą się tak zżyłeś jak z rodzeństwem? Bo-ję się teraz mówić, ale im bardziej ty będziesz się wzbraniał od przemocy to druga strona to wykorzysta. Kogokolwiek byś nie wziął ze sobą, przy-niosłoby to śmierć.

- Nie uważasz jednak Virnie, że śmierć w imię wolności i prawości jest lepsze niż gnicie w przebrzydłym porządku, gdzie konsztachty za kulisa-mi, seks i pieniądze są głównymi wartościami? Ja myślę, że chociaż powi-nniśmy spróbować.

- Czy chociaż są świadomi tego, co ich czeka? Że, nawet jeśli wam się uda, to przypłacicie to większym kosztem niż byście chcieli?

- Oczywiście. Moja żona, Nervina zgodziła się bez wątpliwości, od razu. Tak jak każdy człowiek, który chciał Prawdę i Boga.

- Ile jeszcze osób przekonałeś do swojego pomysłu? – Virn dopiero teraz starł łzy z oczu. – Kilkanaście, kilkadziesiąt? Od kiedy jestem z tobą w podróży, tak jest trzy lata, mówiłeś, że tworzysz swoją grupę ludzi, państ-wo, którzy pomogą zrealizować twoje marzenie. Czy znaleźli się tacy, op-rócz twoich najbliższych?

- Oczywiście, że się znaleźli. Ludzie, którzy stracili wiarę w siebie, wiarę w życie i nadzieję, ludzie bez boga, szukający prawdziwego Autorytetu i czegoś, co by ich pokierowało w tym marnym jestestwie. Ludzie, chcący żyć tak jak pragną, a nie jak im się nakazuje, gdzie będą mogli odetchnąć pełną piersią, bez strachu o śmierć przez wojnę czy głód.

Skończył mówić, i przymknął oczy, ciesząc się szumem fal. Virn westch-nął i odetchnął solnym powietrzem.

- Wiesz, kim jest władca? – zapytał po chwili Bled.

- Nie wiem. Mam pewne pojęcie, wyobrażenie tego kim on jest, lecz tak jak każdy, nie wiem jak go poprawnie zdefiniować. Czy jest to ktoś, kto słucha się w pełni ludzi, a może trzyma przy sobie tylko kilka osób, słu-żących mu radą? Możliwe też, że prawdziwy władca to osoba będąca w stanie sama pełnić władzę w królestwie. Jest zbyt dużo możliwości, prawd rządzących życiem. Może wtedy władca to zbiorowisko, ugrupowanie, bez odgórnie wybranego lidera? Każdy podawałby swoje rozwiązanie, a te, które zyskałoby najwięcej głosów, zostało poddane realizacji? W takim je-dnak razie, dlaczego mówimy o prawdziwym władcy jako o jednym czło-wieku? Możliwe, że za tym słowem kryje się jedynie marionetka, mająca stać się tylko i wyłącznie marną imitacją Boga, tego, którego wszyscy chcą słuchać i za którym każdy pragnie podążać. Jest za dużo rzeczy, które wiją się w mojej głowie, męczą mnie i uciskają.

- Słyszałem kiedyś ważne słowa, i choć padły one z ust wieśniaka, były one zadziwiająco trafne. Powiedział mi jedną rzecz: „Zrób to na logikę, nie myśl o tym za dużo”. Możliwe, że nie głowiąc się za bardzo nad roz-wiązaniem, kim jest prawdziwy władca, możemy wpaść na pomysł, który okaże się najbardziej efektywny. Co byś powiedział na to, żebyś połączył wszystko ze sobą i spróbował zachować równowagę?

- Co znaczy równowaga w tym sensie? Że idealnie zachowam balans po-między radą, ludźmi, a moją suwerenną władzą? Czy może jednak suge-rujesz zamianę, raz tamci, potem ci drudzy, a następnie znów ci pierwsi?

- Wiem, że to może być trudne, rozumiem to. – pokiwał głową.

- My prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy rozwiązania. Ja mogę jedy-nie zaufać Autorytetowi, i żyć według jego zasad, tak, by moi ludzie mo-gli żyć według moich. Taka droga jest właściwa, i najbliższa temu, co chcę osiągnąć.

- Chciałbym to zobaczyć – Virn wstał i odszedł nieco od krawędzi urwis-ka. – Chwilę temu wspominałeś o swoim sposobie zdobycia władzy bez wojny. Czy oprócz rozmowy, miłość też jest rozwiązaniem?

- Oczywiście. – odrzekł Sławkin, również wstając.

Wpatrzyli się obydwoje w puste, zielone równiny sięgające aż po hory-zont. Na jego linii zauważyli ciemną smugę, na co Sławkin się ucieszył.

Idą tu. Ludzie, którzy chcą prawdy, ukojenia i szczęścia, ludzie którzy uciekli z rąk wojny i z łapsk biedy, ludzie pragnący iść za wiarą, nadzieją i bogiem.

Ludzie Prawdziwego Władcy.


#6 Praca

 #6 Bernardyna od stłuczki do miłości

 

Ostatnio wszystko jest jakby nie dla mnie…..W pracy dostałam wypowiedzenie…..redukcja stanowisk, miłość też chyba dała mi wypowiedzenie, nie mogę spotkać tego jedynego tylko spotykam tego na 5 minut….. Jedyne co mnie cieszy w moim życiu to moje przyjaciółki Kamila i Marysia. Ogólnie jestem wielką marzycielką i optymistką i wierzę, ze kiedyś po prostu musi być ten piękny czas. Mam skończone studia, ale jakoś nie ciągnęła mnie praca za biurkiem. Pracowałam jako kelnerka i barmanka w jednym. Lubiłam tę pracę bardzo, ale nowy szef postanowił wprowadzić swoje rządy….Trudno, nic nie zrobię, nie będę rwać włosów z głowy bo szkoda włosów. Dobrze, ze jutro piątek, a wiadomo, że w piątek mamy razem z dziewczynami babskie wieczory ….tylko my trzy, Netflix i nasze ulubione piwo bezalkoholowe oczywiście. Czwartek minął mi bardzo szybko i już czekam na jutrzejszy dzień, a raczej wieczór ,a po piątku idziemy do klubu tego gdzie pracowałam, ale już nie idę pracować tylko idę się bawić, to najlepszy klub w Wolinie, klub o nazwie bardzo banalnej Paradise . I wreszcie nadchodzi piątkowy wieczór, tym razem spotykamy się u mnie, moje przyjaciółki podobnie jak ja szukają tej swojej połówki, a jak wiadomo w grupie raźniej . Dziewczyny zjawiają się punktualnie o 19, jak ja je kocham . Dzisiaj na tapecie Miłość pod jednym dachem i pewnie jeszcze jakiś romantyczny film. Wieczór mija przyjemnie, oglądamy, rozmawiamy . Oczywiście później dziewczyny nocują, bo o 3 nad ranem już nie ma sensu wracać. Rano czyli tak około 11 wstajemy, poranna toaleta i śniadanko. Po śniadanku wsiadamy do mojej złotej strzały dla nie wtajemniczonych to opel corsa i odwożę dziewczyny, bo wieczorem spotykamy się w klubie. Od razu jadę na zakupki do marketu. Szał w sklepie, nie wiem ludzie robią zakupy jakby jutro miał być koniec swiata, a nie niedziela nie handlowa. Zakupy poszły bardzo sprawnie, podchodzę do złotka, pakuję zakupki. Wsiadam odpalam, cofam i nagle……bum…….. co się dzieje ? Wysiadam i patrze,że w coś uderzyłam, w coś co nagle mi wyrosło z tyłu i sama nie wiem kiedy….Oj nie zapowiada się to dobrze…..Patrzę a mój opelek jest przyklejony do bmw i8 (skąd to wiem, bo mój jeden z byłych miał hopla na puncie tej marki)….a w tym bmw siedzi jakiś bardzo niezadowolony nieznajomy i chyba coś krzyczy…..Nagle wysiada z niego najpiękniejszy mężczyzna jakiego widziałam…i zaczyna się na mnie drzeć….krzyczy coś, że prawie jak blondynka, że rowerem powinnam jeździć….Cham….ja mu dam rower, jestem bardzo dobrym kierowcą, jeżdżę już ponad 10 lat i nic, żadnego mandatu , żadnego upomnienia….Zbliża się do mnie a ja mam już łzy w oczach……widzi to i zaczyna zmieniać ton…. Nie robię tego specjalnie po prostu emocje……Jak tylko skończył ……..jedyne co udało mi się powiedzieć to Przepraszam….Nieznajomy spojrzał w moje zielone załzawione oczy i chyba zmiękł, zaczął coś mówić o kosztach naprawy it. Nagle podbiegł do auta i wyjął z niego małą istotkę dziewczynkę wiek może 3-4 latka. Kocham dzieci…Później dalej mówił o ubezpieczeniu i dalej o kosztach naprawy….A ja już nie wytrzymałam i mówię, że nie mam pracy, jestem na miesięcznym wypowiedzeniu i że nie mam pieniędzy…..Na to on na to, że mam już pracę, że będę zajmowała się jego córeczką Julią. Zieleń moich oczy przybrała kolor skoszonej trawy. Tysiąc myśli zaczęła się kłębić w mojej głowie… stłuczka, praca u przystojnego nieznajomego…. Po tym wszystkim powiedział, że nazywa się Aleksander podał mi adres i powiedział, że w poniedziałek mnie widzi w pracy….. Nawet nie miałam czasu, żeby powiedzieć jak ja mam na imię. Po tym wsiadł i odjechał. Od razu zadzwoniłam do dziewczyn, jak opowiedziałam co mnie spotkało. Współczuły mi, ale powiedziały ,że chociaż będę miała pracę…. Po rozmowie wróciłam do domu, tak naprawdę to miałam tylko lekko wgięty tylny błotnik, bmw tez aż tak, źle nie wyglądało. Dobrze, że wieczorem spotykałam się z dziewczynami w klubie. Jak zwykle w sobotę lokal był pełny. Zajęłyśmy stolik, zamówiłyśmy kilka drinków, dzisiaj musiałam odreagować….Dwa drinki i stałyśmy się królowymi parkietu, ale powiem ,że miałyśmy dryg do tańca. Po kilku tańcach poczułam potrzebą i udałam się do toalety. Po wyjściu zaczęłam szukać w torebce błyszczyka i nagle poczułam ścianę, która oddychała, podniosłam głowę a moim zielonym oczom ukazał się nie kto inny tylko przystojniak z bmw, na początku chyba mnie nie poznał… przy pierwszym spotkaniu zero makijażu , dresy, kok na czubku głowy…a tu miałam zrobiony makijaż, sukienka też była…Jedyne co powiedział to ,że najpierw atakuję jego auto a teraz jego….i na koniec dodał, że widzimy się w poniedziałek i chyba lekko się uśmiechnął…Jak podeszłam do dziewczyn to chyba nie wyglądałam za dobrze, bo się zapytały czy wszystko ok, opowiedziałam o całej sytuacji, a one zaczęły się śmiać i mówić, że coś o przeznaczeniu, o tym jedynym. Dalszą część wieczoru postanowiłam zapomnieć o przystojniaku o brązowych oczach. Miałam dziwne wrażenie ,ze ktoś się na mnie patrzy….. Niedziela minęła na leczeniu sobotniego wieczoru…..Nadszedł poniedziałek, ubrałam się w dżinsy i bluzkę w kolorze moich oczu, lekki makijaż , włosy spięłam w kucyk, na nogi trampeczki. Wsiadłam do mojej lekko poturbowanej złotej strzały i pojechałam do mojego nowego pracodawcy…Tak jak myślałam dom przystojniaka był duży położony na obrzeżach miasta, już chciałam wejść ale oczywiście bramka była zamknięta i była tabliczka Uwaga pies, nagle do bramy podbiegł wielki pies chyba owczarek, zaszczekał swa razy i zaczął merdać ogonem, chciałam go pogłaskać, ale nie zaryzykowałam. Po chwili wyszedł Aleksander i mnie wpuścił, był bardzo zdziwiony zachowaniem psa…Dom i z zewnątrz i w środku był piękny, zaprosił mnie do salonu i zapytał czy chcę coś do picia. Poprosiłam o kawę. Później opowiedział mi o córeczce Julci, o moich obowiązkach. Wydawał mi się bardzo w porządku. I nagle zapytał jak mam na imię…Alleluja…. Już myślałam, że nie zapyta….jak usłyszał to się uśmiechnął, nie wiem co go śmieszyło w imieniu Aleksandra…. No tak bo on miał na imię Aleksander. Dziecko bardzo szybko się do mnie przekonało, co też bardzo zdziwiło tatę….Praca bardzo mi odpowiadała, pracowałam prawie dwa lata, do momentu aż Julcia poszła do szkoły. Pewnego dnia, gdy już wychodziłam Aleksander zapytał czy nie chciałabym zostać u niego na dłużej to znaczy na zawsze……Byłam w szoku, ale widziałam, że już od pewnego czasu patrzy na mnie inaczej niż na nianię i moje serce tez przyspieszało na jego widok. I tak od stłuczki, po pilnowanie jego córeczki….znalazłam swoją drugą połowę, znalazłam swoją miłość o której marzyłam od 29 lat.

 

 

 

#5 Praca

 #5 Wacław Wasilewski Kiciuś


Na polanie w głębi lasu,

Mieszkał zając już ząb czasu.

Z całą wielką swą rodziną,

Co z grzeczności w lesie słyną.

Lecz jednego miał chłopczyka,

Co miał duszę podróżnika.

Zając Kicuś jeszcze mały,

Świat zamarzył zwiedzić cały.

Który kusił go ciekawił,

Więc rodzeństwu plan przedstawił,

,,Dziś się muszę dobrze wyspać,

Każdy musi na to przystać,

Skakać z wami więc nie mogę,

No bo jutro ruszam w drogę”.

Nie powiedział wcale mamie,

O swym arcy ważnym planie.

Tata zając nic nie wiedział,

I z gazetą sobie siedział.

Rano wstało słonko złote,

Drogę wskazać ma ochotę

Lecz zajączek śpi i chrapie,

Wraz z rodzeństwem na kanapie.

Jak się zerwie o dziewiątej,

Czy to może w pół do piątej?

Chwyta plecak, trampki wkłada,

Mama pyta skąd ta zmiana?

Do biegania bez śniadania,

I piżama roztargana,

Zaskoczyło to zajączka,

Łga, że pięknie pachnie łączka.

Nasz zajączek myśli sobie,

Błędu spania już nie zrobię.

I z wieczora bez szemrania,

Twarde miejsce wziął do spania.

Rano wietrzyk rosę strząsa,

Nie obudzi to zająca,

Wciąż przewraca się i jęczy,

Ból w łopatkach go tak męczy,

Ledwo oczka swe otworzył,

Ból wyprawę mu odłożył.

Mama prosi do śniadania,

On nie może wstać z posłania.

Już dwie doby bolą kości,

A nasz Kicuś chce wolności.

Niech się zwijam z bólu cały,

Jutro zwiedzę świat ten mały.

Pierwszym brzaskiem mgła opada,

Stado wron zaciekle gada,

I chodź Kicuś mocno spał,

To z krakaniem razem wstał.

Beret, plecak, buty włożył,

I cichutko drzwi otworzył.

Próg przeskoczył jednym susem,

W piękny świat popędził kłusem.

Wąską dróżką, krętą ścieżką,

Z krajem lasu, tuż nad rzeczką,

Pędzi zając w świat nieznany ,

Nie pytając taty, mamy.

W stawie spojrzał do lusterka,

Tam z motylem pograł w berka,

Słonko złote cudnie grzało,

Bo południe się zbliżało.

W cieniu legł, bo był upał,

Świeżej trawki listek schrupał,

A, że wcześniej musiał wstać,

Równie szybko zaczął spać.

Kiedy Kicuś spał spokojnie,

W domu myślą już o wojnie.

Kogo gonić, kogo łapać,

Kto Kicusia mógł nam złapać.

Tata dzwoni do sąsiadów,

Czy nie widać synka śladów.

Mama w kuchni szlocha, płacze,

,,Czy syneczka ja zobaczę?

Bo ja kocham go nad życie.”

Tata łzę ociera skrycie.

W końcu siostra z krzesła wstała,

Całą prawdę powiedziała.

Każdy szukać chce małego,

Tata, mama i pół świata zajęczego.

Czy problemom mógł on sprostać,

Co go mogą w drodze spotkać.

Szarpie wicher drzew koroną,

Czarne chmury ogniem płoną.

Zerwał się na równe nogi,

Lecz do domu kawał drogi.

Z lasu słychać wilka wycie,

Uratuje Kicuś życie?

Stopy niosą go szalone,

Lecz niestety nie w tą stronę.

Ruszył cały ród zajęczy,

Nikt z nich szybko się nie męczy.

Trzy godziny biegną żwawo,

Jedni w lewo, drudzy w prawo.

Usłyszeli wilka wycie,

Każdy z nich pomyślał skrycie,

,,To kicusia wilczek zjada”,

Tylko jedna na to rada,

Niechaj każdy łapka składa,

I jak myśliwski pies ujada.

Wilk usłyszał psów szczekanie,

Już nie czekał na spotkanie.

Kicuś słupka stał przy sośnie,

I nadzieja w sercu rośnie,

Bo wśród sfory psów szczekania,

Taty głos jest bez gadania.

I po wąsach łzy mu płyną,

Że zobaczy się z rodziną.

I chodź wiedział co go czeka,

Tatę witał już z daleka.

Tata minę miał surową,

Urwał z krzaka rózgę młodą.

Kicuś spuścił wzrok pokornie,

No a potem spuścił spodnie.

Było to nieposłuszeństwo,

Ale jak tu bić maleństwo?

Chodź to groźnie spostrzegano,

Tato swoje bił kolano.

Mama synka przytuliła,

I po główce pogładziła.

,,Słuchaj synku mój kochany,

Niebezpieczny świat nieznany,

Sam nie ruszaj nigdy w drogę,

Zawszę chronić Cię nie mogę.

Gdy urośniesz będziesz silny,

Tata da ci znak przychylmy.

Gdy zdobędziesz mądrość wiedzę,

To na swoją pójdziesz miedzę.

Każdy sobie cicho marzy,

Że nas dobrem los obdarzy,

Lecz ty zawsze stawiaj nóżki,

Na bezpieczne w życiu dróżki.”


#4 Praca

 #4 Justyna Handzlik Mātāmua

 

Widziała przed sobą tę twarz. Szarą i zmęczoną. Błękitne smutne oczy patrzące prosto na nią w oczekiwaniu aż wreszcie to powie…

Taki był każdy sen, który miała od miesiąca. Od czasu, aż wyciągnęła tę przeklętą butelkę z oceanu. To właśnie w niej znalazła ten głupi list: „Płyń na wschód, poza granice tego, co znane”.

Butelka była zupełnie zwyczajna, dlatego wyrzuciła ją od razu. Z jakiegoś powodu jednak nie mogła wyrzucić listu. Schowała go do kieszeni i zupełnie o nim zapomniała.

Później pojawił się ten sen. Starała się o nim nie myśleć, ale sen powracał każdej nocy. Dokładnie ten sam. W jakiś tajemniczy sposób wiedziała, że to wszystko ma coś wspólnego z listem. Czuła to.

Tego ranka postanowiła mu się przyjrzeć dokładniej. Papier był gruby i szorstki, widać było, że musiał być drogi, zupełnie inny niż kartki dostępne tutaj. Na nich ledwo można było coś zapisać, trzeba było to robić bardzo delikatnie, bo kartki były tak cienkie, że prawie przeźroczyste.

Mało kto tu umiał jednak pisać i czytać. Nie były to umiejętności niezbędne do przeżycia w tym miejscu. Nie pomagało to znaleźć jedzenia – którego ledwo starczało dla wszystkich. Do znalezienia pracy czytanie też nie było potrzebne. Zresztą sam wybór prac był niewielki. Mężczyźni mogli pracować w kopalni na zachodzie lub na łodzi pływającej na wschód. Kobiety mogły być kucharkami, krawcowymi lub prostytutkami.

Ona nie umiała ani gotować, ani szyć, ale nie chciała też obsługiwać pijanych górników czy marynarzy. Dlatego po śmierci Matki została złodziejką. Nie był to najlepszy zawód świata, ale jakoś udawało jej się przeżyć.

Umiała również czytać i pisać. Tego nauczyła jej Matka. Z tego, co pamięta przybyły tu na jakiejś łodzi, gdy miała 5 lat.

Matka nigdy nie powiedziała jej skąd płynęły i dlaczego wybrała właśnie to miejsce. Mówiła tylko, że tu będą bezpieczne. Łatwo jej to było mówić - miała naprawdę magiczne ręce – z byle czego umiała ugotować najlepsze danie na świecie. Więc dopóki Matka żyła powodziło im się całkiem nieźle. Marynarze i górnicy chętnie płacili za możliwość zjedzenia smacznego posiłku. Ale ona nie odziedziczyła tego talentu – jej potrawy zapełniały brzuch, ale nikt by nie zapłacił za możliwość ich skosztowania.

Dlatego musiała sobie znaleźć inne zajęcie. Była w nim zresztą całkiem dobra. Od dziecka umiała się zakradać wręcz bezszelestnie i nikt jej nie zauważał. Nie było w niej nic wyjątkowego, mała chuda, szara jak całe to miejsce. Tylko ten dziwny znak nad jej lewą kostką.



Miała go od zawsze choć nie wiedziała skąd. Gdy pytała o to Matkę tą mówiła, że to nic nie znaczy i ma o tym zapomnieć. Od razu też dodawała, że ma nikomu o tym nie wspominać. Nigdy. Zawsze mówiła to tym swoim głosem wymagającym pełnego posłuszeństwa, prawie szeptem tak jakby ściany miały uszy.

Niewiele też wiedziała o Matce, ale jedno było pewne, gdy użyła „tego” głosu dalsza dyskusja była zbędna.

Nie znała nawet jej imienia, nazywała ją Matką. Raz gdy miała 6 lat zapytała ją o imię. W odpowiedzi usłyszała „tym” głosem, że nie ma imienia - że ma ją nazywać Matką – i koniec dyskusji. Ona sama miała bardzo dziwne imię, które poznała niedawno: Mātāmua. Nikt jednak nigdy jej tak nie nazywał – wszyscy mówili na nią Matu.

To imię zdradziła jej Matka tuż przed swoją śmiercią. Powiedziała jej, że to złe imię i nigdy nie powinna go używać, i że to imię nic nie znaczy, to tylko zlepek liter i koniec dyskusji. Jednak w jej głosie było słychać strach. Ten sam strach który słyszała za każdym razem, gdy pytała kim są i skąd pochodzą…

Czyjś pijacki krzyk wyrwał ją ze wspomnień. Ponownie spojrzała na list. Szmaragdowy napis: „Płyń na wschód, poza granice tego, co znane”.

Czuła że musi tam popłynąć, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Jak niby ma się dostać poza granicę na wschodzie? Postanowiła na razie o tym nie myśleć. Najpierw dostanie się jakoś do granicy. Już samo to nie było łatwym zadaniem. Mało która łódź płynęła do samej granicy. Większość zatrzymywała się w porcie po drugiej stronie oceanu…

Tak, najpierw dotrze do portu Ahuri. Żeby tam dotrzeć trzeba płynąc 10 dni, tylko jak dostać się na łódź. Kobiety nie mogły pływać, ale przecież one tu jakoś przypłynęły więc na pewno da się przekupić jakiegoś kapitana. Musi rozejrzeć się w porcie za właściwą łodzią.

Odpowiednią łódź znalazła szybko – mała, zdezelowana, częściowo pokryta już rdzą. Tak, ten kapitan na pewno potrzebuje pieniędzy.

Nigdy nie kradła dużo, to mogło być niebezpieczne. Ludzie szybko się orientują, kiedy tracą dużo pieniędzy, przy małych kwotach zwykle zakładają, że je gdzieś zgubili. Teraz gdy i tak zamierza odpłynąć ryzyko jest mniejsze.

Szybko udało jej się zebrać kwotę, której zażądał kapitan. Pod osłoną nocy weszła na pokład i schowała się w kajucie kapitana. Tu spędzi kolejne 10 dni, niezauważona przez nikogo.

Była pewna, że podróż będzie długa i nudna. W tej części świata, dzięki granicy na wschodzie, morza są bezpieczne.

Matu mogła więc w spokoju rozmyślać o swoim celu i planować dalszą trasę. Mogła też wspominać podróż, którą odbyły prawie 15 lat temu z Matką. Dużo wtedy rozmawiały głównie szeptem. Matka tłumaczyła jej, że to jedyne wyjście, że musi złamać przysięgę i ją ukryć. Że tak będzie lepiej dla wszystkich, a w szczególności dla Matu.

Mówiła też, że przyjdzie jej za to zapłacić, bo zakon jej tego nigdy nie wybaczy.

Matu nie rozumiała o czym Matka mówi, wiedziała tylko, że bardzo się cieszy, że od teraz będzie mogła robić co chce i chodzić gdzie chce.

Wszystkie te zapomniane z biegiem lat wspomnienia wracały do niej stopniowo. Jedno po drugim jak brakujące elementy układanki. Miała nadzieje, że nim dotrze do celu, jakikolwiek miałby on być, będzie już pamiętać wszystko.

Zaczęła tylko żałować, że wtedy nie zapytała Matki co to dokładnie wszystko znaczy, ale była zbyt mała by to zrozumieć.

Jej dalszy plan był prosty. Pociągi z portu Ahuri rozwożą zapasy po miastach na całej wyspie. Jest też jeden pociąg który omija wszystkie miasta i jedzie bezpośrednio do małego portu po drugiej stronie wyspy. Tam postara się znaleźć jakiegoś kapitana, który zabierze ją poza granice.

Tyle powiedział jej kapitan. Oczywiście Matu nie zdradziła celu swojej podróży. Mówiła, że chce się dostać do stolicy i znaleźć pracę jako służąca. Jednak udało jej się umiejętnie, bez wzbudzania żadnych podejrzeń, wypytać o resztę, o port po drugiej stronie i jak się tam dostać.

Udawała zwykłą ciekawość, kogoś, kto po raz pierwszy w życiu opuścił dom. Na szczęście dla niej kapitan był gadatliwy i nie trzeba było go bardzo zachęcać do opowieści.

Dzięki temu podróż upłynęła też wyjątkowo szybko, nawet nie zauważyła, kiedy dopłynęli.

Ahuri było największym portem królestwa. Znajdował się na wyspie Tumulu.

Wszystkie największe miasta były właśnie tu, na wyspie. Tu tez w stolicy mieszkali władcy i najbardziej wpływowe i najbogatsze osoby.

Przypływają tu wszystkie statki z zachodu. Towary, złoto, jedzenie i ludzie do pracy -wszystko to jest potrzebne na wyspie. Po przepakowaniu na wagony wszystko rusza do stolicy.

Ahuri było ogromnym, brudnym i hałaśliwym miejscem. Łatwo było się tu ukryć, ale równie łatwo można było to zginąć.

Trzeba szybko się stąd wynieść -pomyślała Matu. Będzie musiała szybko znaleźć ten pociąg. Łatwo jej będzie się schować między jakimiś beczkami z mięsem czy winem.

Wieczorem po zejściu z łodzi znalazła się na ciemnej ulicy prawie pustej. Rozejrzała się. Budynki były szare, mury odrapane. W wielu domach nie było drzwi -nic cennego w nich nie było A drzwi tylko prowokowały złodziei.

Żeby dotrzeć do pociągu musiała tylko dostać się na koniec tej ulicy. Nie była długa - zajmie to chwilę -pomyślała. Trzeba tylko uważać, żeby nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Była już w połowie drogi, gdy nagle dostrzegła mały znak nad wejściem do jednego z domów…

Stanęła jak wryta spoglądając na ten sam symbol, który nosiła od zawsze nad kostką… To nie mógł być przypadek. W ułamku sekundy podjęła decyzje i już po chwili wchodziła do środka.

Natychmiast uderzył ją przyjemny zapach kawy z cynamonem. Kawa pachniała tak intensywnie, że przywołała w niej to wspomnienie…

To było jakiś rok po tym jak z Matka przypłynęły w tamto miejsce.

Matka właśnie zapatrzyła kawę z cynamonem -piła tylko taką. Matu pamiętała, że tej nocy śniła jej się zimna twierdza. Pamiętała grube szare mury i długi wilgotny korytarz. Matka prowadziła ją do wielkich drewnianych drzwi, gdy już miały je otworzyć sen się urwał. Nie pamiętała początku tego snu -skąd szły i dlaczego Matka kazała jej być cicho.

Gdy zapytała Matkę o tę twierdzę ta odstawiła kawę i spojrzała na nią ze strachem w oczach.

„Przysięgnij mi, że nigdy tam nie wrócisz i nikomu nie będziesz wspominać o tym miejscu! Przysięgnij!” W jej głowie kłębiło się tyle pytań -co to za miejsce, czemu nie może tam wrócić?

„Jesteś za mała, żeby to zrozumieć. Przysięgnij i nie mówmy o tym więcej!”

- Napijesz się kawy -te słowa wyrwały ją ze wspomnień.

Przepraszam, nie chciałam… - przerwał, gdy dostrzegła osobę przed sobą…

- Wyglądała dokładnie jak jej Matka, miała te same zielone oczy, ale przecież jej Matka była martwa, sama widziała jak umiera, pochowała ją…

Kim jesteś? -zapytała

Oh nikim ważnym, tylko starą kobietą.

Ale wyglądasz dokładnie tak, jak jedna kobieta, którą znałam.

Tak, wyglądam jak wiele starych kobiet - odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem - to chcesz tej kawy?

Matu pokiwała głowa wciąż wpatrując się w twarz, która ją wychowała.

Gdy kobieta zniknęła w kuchni Matu rozejrzała się po pokoju, w którym się znajdowała. Kamienna podłoga, odrapane szare ściany i łóżko pod oknem. Weszła do kuchni - kuchenka kilka pustych szafek stół i dwa krzesła. Nie było tu nic, co warte by było posiadania drzwi wejściowych.

 

#3 Praca

 #3 Magdalena Piskor Pomóżmy Pikachu

 

Praktycznie pozbawione powietrza przykurzone północne poddasze posesji Pokemonów przypominało paszczę przerażającego potwora, połykającego porzucone przedmioty. Popękane popiersie Pokemonki Petilil – przepięknej partnerki Pikachu, powiedzmy. Półprzezroczysty parasol Pignite'a – pomarańczowego przyjaciela powyższego, pozostawiony przezeń poprzedniego piątku, przemyślnie pocerowany po przekątnej. Pretensjonalną, przydługawą powieść Pawniarda, porzuconą przezeń, podejmującą postmodernistyczną problematykę postkomunistycznych podziałów ponadklasowych. Przykurzony pozłacany puzon Pachirisu. Podziurawiony portret Phione. Pudełka pełne puszystych pastelowobłękitnych piór Pelippera, Pokemona przypominającego ptaka. Ponadto... Pikachu.

Płaczącego Pikachu przygniecionego powyższymi przedmiotami. Parasolem, popiersiem, pleksiglasowym pudłem przepełnionym ponadprzeciętnie pikantną pornografią prezentującą Pokemonowe piękności ( „patrzcie, patrzcie, Petilil pod prysznicem" – powiedział poprzednio podekscytowanym przyjaciołom podniecony Pikachu, przeglądając podniesiony pornomagazyn). Pianinem. Przywiędłą paprotką położoną ponadto pod plastikowym pawiem, pokrytym plamami po podejrzanym plynie. Paw przypominał Pokemona Pidgeota. Pochlipywanie panikującego Pokemona pokrzykującego "pomocy!" przygłuszała pomarańczowopióra papuga, poskrzekująca ponad paprotką. Przyjaciel przestraszonego Pikachu, przysadzisty Primeape, przeszedł pospiesznie przez przywołaną powyżej pakamerę, prawie przydeptując przygniecionego Pokemona. Porośnięta płowozłotym puchem pulchna pupa Pikachu pod podeschniętą paprocią, przypominała pęk potarganych pakuł. – Płaksa! – Primeape poinformował powyższego pogardliwie, przyczesawszy pożółkłymi palcami popielatoblond perukę. Potem powiedział pospiesznie:

- Przyjaciele, przyjdźcie pomóc Pikachu!

Powoli przydreptał Pawniard. Potężnie przeziębiony, przyodziany praktycznym popelinowym paltem. Popatrzył ponad potarganą peruką Primeape'a.

- Pianino przygniotło Pikachu pośrodku poddasza! - przemówił przerażony.

- Pójdę po pomoc. Przyprowadzę przydatne Pokemony - podstępnego Purrloina, potężnego Pangoro… Potem pójdę po pozostałych – Panpoura, Pignite'a, Palpitoada…

- Przecież Palpitoad przynosi potwornego pecha!

- Pecha, pecha… - posłyszeli podsłuchującego Palpitoada. – Przynoszę pecha, peeewnie… Pewnie prababcia Pawniarda przynosi pecha. Pójdź po Pokemony, palancie. Pech, phi.

Pyzaty pyszczek przyłapanego Pawniarda pokraśniał.

- Pójdę, Palpitoadzie. Przepraszam, przyjacielu - powiedział potulnie.

Palpitoad poczerwieniał, potem pobladł.

– Przynoszę pecha – powtórzył ponownie, poirytowany. - Pecha. Phi. Ponadprzeciętnego pecha - powiedział pogardliwie.

Panikujący Pawniard przyprowadził przejęte Pokemony – perfidnego Purrloina, pulchnego Pangoro, przypominającego przerośniętą pandę, powabną, płaczącą Petilil – partnerkę Pikachu, ponadprzeciętnej poczciwości Parasecta, przemiłego Pelippera – Pokemona - ptaka. Potem pobiegł po Pichu. Pichu, przypominający przygniecionego pianinem pechowca, przyprowadził powarkującego psiaka.

- Pekińczyk Pignite'a, Pikuś – poinformował przybyłych Parasect. – Pignite pożyczył psa Pichu.

- Pełnokrwisty pekińczyk – pyszałkowato poinformował pokrótce przyjaciół Pichu, prezentując płowego pieska. Protekcjonalnie poklepał psa. – Prześliczny! Puszysty. Piękny płaski pyszczek. Pełnokrwisty - powtórzył pretensjonalnie, ponownie pogłaskawszy psa. Pogładził pysk Pikusia. - Pierwszorzędny. Przepiękny - powtarzał podekscytowany.

- Przeklęte parszywe psisko! – pisnęła Petilil, panikując. - Prawie popuściłam! - powoli przyznała, pięknie pokraśniawszy. Puchaty płaskolicy potworek, przypominający przybyłym Pokemona Persiana, powarkiwał poirytowany. - "Parszywe psisko?! Poczekaj, pannico! Pogryzę przemądrzałej Pokemonicy pupę - przestraszona, przestanie prześladować pekińczyki!" - przemyśliwał posępnie puchaty pupilek Pignite'a.

- Pikachu potrzebuje pomocy – poinformował pobratymców Primeape. - Patrzcie, przerażający pokój – Pokemon prezentował przyjaciołom pakamerę – pełen przedmiotów. Puzony, pudła, paprotki, posłanie Pikusia, próchniejące pianino… Przygniotły Pikachu – przekonywał propagator pomysłu pomocy pechowemu Pokemonowi, popatrując po pobratymcach.

- Potwierdzam; przerażające poddasze – płochliwie przedstawiła przekonanie powabna Petilil. – Ponure – przemówiła ponownie Pokemonka, pocierając powoli pokaźny przybrudzony plaster, pokrywający połowę prawej piąstki. – Potworne – powiedziałabym. – Powinno pożreć paskudnego pekińczyka Pichu. – Pekińczyki przynoszą pecha. Pignite - posiadacz pekińczyka - powiedział powyższe Parasectowi. Podsłuchałam poprzedniego piątku. (Podrażniony pies postanowił pogryźć pupę Petilil - podłej poczwarze.)

- Pekińczyki? Prędzej przymałe pozieleniałe Pokemony, przypominające Pigmejów, przynoszą pecha – Pichu prowokował Petilil.

- Prędzej proekologiczne, postawne przeciwnie Pokemony – poprawiła Petilil, podnosząc palec. Przymrużyła pomalowane purpurowo powieki.

- Przeklęta poprawność polityczna – prychnął Pichu, pokonany. – Przestań przynudzać, pięknotko. Pomóżmy Pikachu. Potrzebuje pomocy.

- Pecha przynosi Pawniard – powiedział Palpitoad, podrażniony, pamiętając potwarz. Pawniard popatrzył ponuro.

– Phi – prychnął. - Pamiętliwiec!

- Przestańcie. Pangoro, przełóż płaksę powyżej paprotki – powiedział Primeape prześmiewczo. Pod pokrywą przygniatających Pokemona przedmiotów, przerażony Pikachu po prawdzie płakał przeraźliwie.

– Płaczek. Patałach – prowokował przyjaciela permanentnie poirytowany Pokemon. – Palant. Prawiczek.

- Prawiczek? - podpytywał Pichu. - Przecież Petilil...

- Prawiczek, prawiczek... - powiedział Primeape. - Petilil powinna poswiadczyć – prawda, Petilil? Przeczytałem pamiętnik Pikachu. Potrzebuje pewnych... powiedzmy... pigułek...

- Prędzej pomoże pietruszka - poinformował poważnie Pelipper, próbując pohamować prześmieszki. – Psychoterapeuci potwierdzają.

- Placebo – powiedział Parasect pogardliwie.

- Pietruszka poważnie pomaga? – podpytywała podekscytowana Petilil, połknąwszy przynętę.

- Pospolite placebo, przygłupia – prychnął Parasect ponownie.

- Pigułki? Prywatne problemy? – pytał prostoduszny Pichu.

- Pigułki produkowane przez Pfizer – półgłosem poinformował poczciwinę Pelipper.

Przyjaciele prychnęli. Pognębiony Pikachu poczerwieniał, płacząc.

- Pewnie pospolite problemy psychonerwicowe – pocieszał przyjaciela Pichu.

- Przestańcie – przebąknął Palpitoad, przerywając pomocnikowi. – Pomóżmy potrzebującemu pomocy pobratymcowi.

- Potrzebującemu patafianowi – poprawił porywczy Primeape. – Potrzebującemu patałachowi. Partaczowi. Pechowemu płaksie. Przycisnął pyszczek popłakującego Pikachu.

- Palant – parsknęła Petilil. - Pomylony pajac. Pedantycznie przypudrowała piegowate policzki.

– Pikachu, przyszła pomoc, pysiaczku.

Podejmując próbę pomocy, pociągnęła przygniecionego pianinem partnera powyżej pulchnej pupy porośniętej płowożółtym puchem. Papuzie poskrzekiwanie przeniknęło poddasze piątkowego październikowego popołudnia.

– Pomocy, Pikachu– powtarzała płomiennopióra papuga – pomocy, palant, pajac, płaczek. Primeape – pajac. Primeape – palant. Primeape - potrzebuje pigułek Pfizera. Potem powiedziała pięcioliterowe polskie przekleństwo.

Ptasie przekleństwa przerwała ponura pieśń. Poirytowany Primeape próbował przytłumić pyskatą papugę, podśpiewując pieśń pogrzebową.

- Pasjonujący ptak – przemówił Pikachu, przestając płakać. – Prawdziwa, przeklinająca portugalska papuga. Przypomina papugi piratów. Prześmieszne, po prostu prześmieszne – piał przycupnięty pod pianinem Pokemon. Przestał pochlipywać. – Papużko – prosił przymilnie ptaszka – piękna papużko, proszę, powiedz przekleństwo, powiedz pikantne przekleństwo, ptaszynko. Powtarzaj: „palant”. Powtarzaj: „Primeape – palant”. Powiedz: „palant” - powiedz, pooowiedz... Ptaszysko pod powałą poddasza przycichło. Popatrywało pochmurnie po Pokemonach. Pekińczyk powarkiwał ponuro. Purrloin podskakiwał, podekscytowany.

- Paaalant – powtórzył prześmiewczo po papudze, powtarzającej przykre przytyki Primeape'a. – Palant, przygłup, patafian – powiedział ponownie podochocony, pokazując powykręcanym palcem Primeape'a. Primeape pobladł. Pozaciskał pięści.

- Pięknie – ponuro poinformował Pokemony poirytowany Pangoro. – Po prostu pięknie. Potrzebujecie psychiatry.

- Poza Pikachu - przyznała Petilil publicznie. - Pikachu po prawdzie potrzebuje przepisania pewnych powiedzmy... pigułek...

Przygaszony Pikachu, popatrzył po perfidnej promiskuitycznej Pokemonicy pogardliwie. Ponownie płakał.

Parasect prychnął. Podekscytowany Pelipper podfrunął ponad papugę. Powiedziała „psiakrew”, potem przynajmniej przestała przeklinać. – Panowie … - Panie, panowie – poprawił Pelippera Parasect pokazując przyjacielowi Petilil (Pokemonka ponownie poczerwieniała) – pomóżmy Pikachu. Przepraszam, przyjacielu – powiedział Pokemonowi, pochlipującemu pod pianinem – przyszła pomoc.

Podszedł Pangoro, prężąc potężne przedramiona. Pandopodobny Pokemon przykucnąwszy, podniósł przykurzone pianino przykryte plątaniną przedmiotów posługujących poprzednim pokoleniom Pokemonów – pastelowymi portretami, przedziwnie pękatym puzonem powiernicy Petilil – Pokemonki Pachirisu - przedstawiającym pokraczną podobiznę pawia, pornomagazynami (przypudrowane, poprzednio piegowate policzki Petilil poróżowiały – podły Purrloin podniósł porno prezentujące pokemońską piękność pod prysznicem, pokazując powyższe podekscytowanym przyjaciołom), pomarańczowym półprzezroczystym parasolem, pudełkami pachnących perfumami Petilil powypalanych papierosów, piramidą pozieleniałych podgniłych pierogów porzuconych przez Parasecta, przerośniętymi perłami (po prawdzie plastikowymi perełkami, pokrytymi plątaniną płytkich pęknięć) podarowanymi Petilil przez poprzedniego partnera – przystojnego, pastelowobłękitnego Pokemona Phione…

Poweselały Pikachu powstał. Począł ponownie pochlipywać, poruszony. Posępnie przesunął palcem po ponadgryzanej przez Pikusia pięcie. Przykucnąwszy pod pozorem pogłaskania psa, porządnie przykopał pupilkowi Pignite’a. Popiskujący psiak przeleciał przez pół poddasza, przypominając puszysty, płowy pocisk. - Psychopata! - parsknął Parasect, podnosząc pieska. Pikachu ponownie powstał. Przytulił Petilil. Pocałował pieszczotliwie policzek partnerki. – Piękna – powiedział. Pokemonica ponownie pokraśniała, przyjemnie połechtana pochwałą. - Przepraszam, Pikachu - powiedziała. - Przemilczę potrzebę przyjmowania pewnych... pigułek. Potem padł plackiem przed Pangoro, poszeptując podziękowania. – Pochlebca – pisnął Pawniard. Przedsiębiorczy piewcy pomysłu pomocy pechowemu pobratymcowi przez Pangoro - potężnego pomysłodawcę planu przeprowadzenia powyższej pomocy – popłakiwali. Pokemon przekrzywił pyszczek, przyozdobiony purpurowymi plamami pokrywającymi policzki, przemilczając poniżające przytyki Primeape'a, przeplatane przykrymi połajankami podstępnego Purrloina, pokornie przyjmując powyższe. Pelipper pocieszał przyjaciela. Pozostawili poddasze porzucone. Poprzednio przygnieciony przez pianino Pokemon, poprzysiągł pieczołowite porządki powyższego. Polerowanie praktycznie pozbawionej połysku powierzchni puzonu. Podlewanie paprotki. Powyrzucanie porno (postulat Petilil – Pikachu przejmująco protestował!). Ponadto – priorytet! – poskromienie pyskatej papugi (powyższe postanowił Primeape – pozostałe Pokemony podjęły protest).

- Pa, pa, poddasze! – pisnął Pikachu.

- Pa, pa, pechowy, potrzebujący pigułek palancie! – powiedziała papuga, podskubując piórka.